RSS
poniedziałek, 21 maja 2012

Nie bardzo podobało mi się określenie "smoothie". Odezwała się gderliwa purystka "Co to teraz Panie nie wymyślą?". Nie można już mówić koktail? To jak z serialami, które przestały występować w seriach i rodzą się obecnie w mniejszych lub większych bólach głów scenarzystów w sezonach.

Teraz doceniam nazwę. Koktail smoothie tym się różni od koktailu typu shake, że nie zawiera w swoim składzie produktów mlecznych (mleka, jogurtu itd.). W części przepisów co prawda, moim zdaniem nieprecyzyjnie określa się tym mianem owocowe napoje na bazie mleka.

Tu bazą są owoce. Świeże lub najlepiej zamrożone, jeśli potrzeba - odrobina wody, pokruszonego lodu lub sok.

Twórcą smoothie był ponoć niejaki pan Stephen Kunau’a, który sam nie mogąc spożywać produktów mlecznych (a pracował w "szejkowni") postanowił wymyśleć shake'a "inaczej"...

Nie podaję przepisu na smoothie bo to bez sensu. Po prostu miksujemy owoce i eksperymentujemy aż do opracowania receptury idealnej dla naszeo podniebienia. Moja dzisiejsza idealna nie była. Za dużo truskawek, za kwaśne kiwi (którego pestki przeszkadzały mi w piciu).

Moje śniadanie uratowała tylko nuta wanilli, świetnie komponująca się z bananem i truskawkami.

Nie wiem po jakiego diabła władowałam tam to nieszczęsne kiwi...

A czemu piję na śniadanie smoothie? To kontynuacja mojego małego eksperymentu z surową dietą. O samej surowej diecie nie będę się rozpisywać, bo w sieci jest masa materiałów na ten temat pisana przez osoby bieglejsze w meandrach układania surowych jadłospisów i tlumaczenia czemu taka żywność jest zdrowa. Dla porządku wspomnę tylko, że są to generalnie produkty nie poddane obróbce termicznej wyższej niż 40 stopni. Łatwo więc w niektórych na pierwsz rzut oka "surowych" produktach nadziać sie na coś obrobionego termicznie - np. suszone bardzo wysoką temperaturą orzechy. Na razie traktuję surową dietę jako wiosenne oczyszczenie i odchudzenie. Po tygodniu jedzenia 100% na surowo co drugi dzień i utrzymywania surowych posiłków poza poza lekkim jednodaniowym gotowanym obiadem mam 2 kilo mniej na liczniku (a byłoby lepiej gdyby nie weekend z indyjskim chlebkiem i pieczonymi ziemniakami ... cóż... ale to może na oddzielny wpis temat), sporo energii i zdecydowanie spadło moje zapotrzebowanie na sen. Nie miałam przykrych dolegliwości hm... "detoksykacyjnych" jakie obserwują niektóre osoby po przejściu na surową dietę - jak bóle głowy, wypryski skórne. Może to zasługa przeplatania surowizny gotowanym posiłkiem co drugi dzień? A może wszystko przede mną :)

Wracając do smoothie - przedobrzyłam. Wyraźnie im mniej grzybków w baszcz tym lepiej. Bardzo dobrze temu koktajlowi robi odrobina roślinnego mleka (migdałowego, a w ostateczności sojowego z kartonu). Jutro chce zrobić smoothie arbuzowe, w kolejce też czeka malinowe. Na inne smaki poczekam na sezonowe owoce.

Pasta z oliwek to najprostrza atrakcyjna przekąska "ratuj" na okoliczność nieprzewidzianych gości.

Słoik  czarnych lub zielonych oliwek wrzucamy do blendera w towarzystwie czosnku (2-3 ząbków w zależności od wielkości rzeczonego słoika i naszej osobistej czosnkolubności), 2 łyżek oliwy z oliwek, 2 łyżek ziaren słonecznika i soli.

Blendujemy i voila. Gotowe.

Można podać do niej podpieczona bagietkę, grzanki, pokrojone w słupki warzywa. Ja dziś jadłam na grzance z lodową sałatą i pomidorem.

niedziela, 20 maja 2012
 Poruszam się w blogosferze jak dziecko we mgle. Nie wiem o co tu chodzi ... Ale sie dowiem :)Bloga założyłam z inspiracji mojej przyjaciółki Eli, którą męczyło, że rozdrabniam się z moim gotowaniem to tu to tam (na FB, na forach i Bogini wie jeszcze gdzie). Dlaczego kuchnia? Bo w kuchni dzieje się cały świat. Mam spory dom ale i tak wszyscy ludzie i wszystkie zwierzaki urzędują w kuchni. Tu sie odrabia lekcje, tu sie gada, tu się podstawia kudłate łby do głaskania i plecki do drapania. Tu jest nasze epicentrum wszechświata. W moim domu rodzinnym też tak było. Mama zawsze się złości, że się wszyscy zbijamy jak sardynki w kuchni zamiast jak ludzie siedzieć w salonie przy stole. Ale kuchnia to życie, to dom, to rodzina, to magia. A czemu FreeWolna? Moja kuchnia jest wolna, wolna od schematów i wolna od produktów odzwierzęcych - mięsa, mleka i jajek. Wiele osób postrzega weganizm jako ograniczenie - dla mnie weganizm to upragniona kulinarna (i nie tylko) wolność. Nie samym chlebem człowiek żyje, więc moja kuchnia jest też frywolna. Uwielbiam to słowo, jego lekkość. Nie chcę ograniczyć bloga tylko do jedzenia. Przyjemność czerpana z każdej aktywności, relacji, z każdego działania to coś czego brakuje na codzień wielu ludziom. Nasze życie jest krótkie (oj ale truizm) i chyba nie warto brać go śmiertelnie na poważnie. Poważni, "dorośli" ludzie są dojmujaco smutni. Mimo zbliżania się do "magicznej" 40-tki nie dorosłam. Świat mnie ciągle zachwyca, wciąż zakochuję się w ludziach i miejscach, pielęgnuję swój hedonizm.

Witajcie.

I bądźcie wyrozumiali :)

1 , 2 , 3