RSS
poniedziałek, 04 czerwca 2012

Przeczytałam milion przepisów na pizzę. Załamka. Rozpiętość ilości dodawanych drożdży, wody poraża. Nie było wyjścia - znów trzeba było robić "na oko"

Proporcje na ok. 0,5 kg mąki, a wyszło z tego 6 cienkich 20 cm blatów (takie mam akurat foremki)

1/4 kostki drożdży (25 gram) rozkruszyłam, posypałam cukrem, dodałam kilka łyżek wody, oliwy i 3 łyżki mąki - odstawiłam na 20 minut w ciepłe miejsce, żeby "zaczyn" nieco podrósł a na powierzchni pojawiły się pęcherzyki.

Połączyłam z ok. 350 gram mąki pszennej i 150 razowej żytniej, sól (kilka łyżeczek i wciąż mam wrażenie, że za mało, bałam się przesolić ale chyba nie ma co bać się tej soli) - bardzo porządnie wymiąchałam w misce dolewając letniej wody. Na solidnie oprószonym mąką blacie wyrobiłam jeszcze troszkę  i ciasto trafiło pod ściereczkę do ciepłego miejsca (do podgrzanego wcześniej piekarnika) na 1,5 godziny

W tym czasie przygotowałam sos. Na kilku łyżkach oliwy zeszkliłam dymkę i 4 ząbki czosnku, dodałam puszkę pokrojonych pomidorów pellati i 3 łyżki koncentratu pomidorowego. Cukier, pieprz, sól - do smaku. Bazylia suszona. Nie dawałam ostrej papryki, bo pizze miały też jeść dzieciaki - dla siebie na pewno zrobiłabym ostrzejszy sos i zrezygnowała z cukru - nie był potrzebny.

Jeśli wyjdzie tego sosu za dużo - można go ok. tygodnia przechowywac w lodówce w słoiczku. W międzyczasie na maśle roślinnym przesmażyłam (nie za długo) pieczarki pokrojone w plastry, a na oliwie czosnek i szpinak (krótko, raczej przedusić niż przesmażyć)

Ciasto było gotowe do wyjęcia. Na blacie przesypanym mąką jeszcze raz zagniotłam ciasto i podzieliłam na porcje, a każdą rozwałkowałam na cienki placek - i do lekko natłuszczonej formy. Mam takie małe formy - 20cm. Placki powinny być odrobinę większe, żeby można było "zawinąć" brzegi.

 Potem już wiadomo co robić? Smarujemy sosem, układamy to co tam mamy - u mnie to szpinak, pieczarki  i pokrojone w cieniutkie paski suszone pomidory w oleju. Potem trzeba tylko troszkę zawinąć brzegi pizzy, brzegi smarujemy oliwą z oliwek.

 

Piekłam 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.  Ale tu też trzeba "na oko". Mam wrażenie że ten mój piekarnik coś mocniej piecze, bo w przepisach spotykałam 200 stopni i do 40 minut pieczenia. Mniejsza o to ile sie piekła - jak wygląda upieczona pizza - wiadomo -  wtedy trzeba ją wyjąć z pieca. Grunt, że była przepyszna.

 

niedziela, 03 czerwca 2012

Prościutkie danie.

Szybkie, pożywne, delikatne.

Na jedną bardzo solidną porcję - mała cukinia, 2 duże pieczarki, pół papryki (podpieczonej w piekarniku, by zdjąć skórę) i plaster suszonych pomidorów w oliwie. Przyprawy: sól, pieprz, słodka i ostra papryka, sos sojowy, bazylia, mięta.

Cukinie w plastrach podsmażyć z obu stron. Pieprz, sól. Dodać pokrojone w plastry pieczary, paprykę i pomidora w paski. Doprawić słodką i ostrą papryka oraz odrobiną sosu sojowego. Jak warzywa zmiękną dodać przecier pomidorowy i jeszcze chwilę dusić. Doprawić bazylią i miętą.

Zjadłam z ryżem basmati ale pasuje do wszystkich kasz, razowego makaronu lub samodzielnie do razowego chleba lub grzanki

 

W zasadzie mi ... nie wyszły.

Nie umiem piec ciast, bo za nimi nie przepadam i jakoś mnie... nie interesują za bardzo. Ale za moją córka "chodziły" babeczki. Cóż - wyszły pyszne - ale dzieci odmówiły jedzenia. Wyłącznie dla miłośników gorzkiej czekolady i wytrawnych słodyczy :) Cyn - dziękuję za pomoc i  przepis, następnym razem będę się słuchała i nie wpakuję calej paki kakao :) A mówiłam - że mi trzeba dużymi literami, bo wypieki to mój wróg!

Mąki pszennej szklanka, mąki owsianej szklanka i pół szklanki mąki razowej (żytniej), kakao - ja dałam małe 80- gr pudełeczko Deco Moreno ekstra ciemnego (jak juz się dowiedziałam - można dać kilka łyżek haha), posiekana tabliczka gorzkiej czekolady, 3/4 szklanki cukru trzcinowego typu Muscovado (następnym razem dam chyba zwykły brązowy cukier, będzie delikatniejszy), 2 łyżki proszku do pieczenia - to suche

a mokre - szklanka oleju słonecznikowego, szklanka mleka sojowego, szklanka wody (ta dolewałam w czasie mieszania ciasta), 2 łyżeczki aromatu waniliowego

Składniki połączyłam i piekłam babeczki około 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni

sobota, 02 czerwca 2012

Dorwałam takie malutkie cukinie - cudne. Wielkości ogórka. Bardzo proste i szybkie danie na lekki letni obiad, kolację lub przystawkę.

Robiłam cukinie tylko dla siebie - jedną porcję - jedna cukinia, pół papryki czerwonej, 4 pieczarki, 4 ząbki czosnku, dymka, pół pęczka natki pietruszki, sól, pieprz (sporo), oliwa z oliwek do smażenia

Cukinię wydrążamy łyżeczką (gniazdo nasienne), paprykę pozbawiamy ogonka i pestek, opiekamy kilka minut w mocno nagrzanym piekarniku, żeby łatwo było ją obrać ze skóry, kroimy w wąskie paski. Na oliwe szklimy posiekany czosnek i cebulę, dorzucamy starte na grubej jarzynowej tarce pieczarki, posiekany środek z cukini, paprykę i posiekaną natkę pietruszki. Dusimy krótko (do wyparowania wody, którą "puszczą" pieczarki i cukinia), doprawiamy solą i sowicie czarnym mielonym pieprzem

Nadziewamy farszem wydrążone cukinie i pieczemy - no nie wiem ile czasu :) Tyle żeby cukinia zmiękła a farsz się przyrumienił (około pół godziny na termoobiegu - ok 150 stopni - tu już trzeba "na oko")

 

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 01 czerwca 2012

Szpinak - zmora z dzieciństwa. Nie moja co prawda, bo mama doprawiała go wspaniale i nawet z tego obrzydliwego mielonego bloku potrafiła wyczarować cudo. Ktoś kto jednak uczęszczał  do placówek w stylu przedszkole (mi oszczędzono) lub jadł obiady w szkole szpinak kojarzy zwykle z ohydną breją z rozmrożonego bloku o konsystencji efektów poważnych problemów gastrycznych. Na szczęście sporo się zmieniło i szpinak odzyskał zasłużoną chwałę. Jeśli mrożony - to w liściach, a najlepiej świeży. 

Prosty, szybki i na prawdę pyszny. Na rozgrzanej oliwie szklę czosnek, dorzucam szpinak, czekam aż "zwiędnie" i zmniejszy swoją objętość i ... to wszystko. Jeśli używam szpinaku "baby". Starszy szpinak trzeba pozbawić łodyg, można go krótko zblanszować (niekoniecznie)

 Potem możemy zrobić z nim wszystko. Np. połączyć z ugotowanym al dente razowym penne:

albo użyć jako nadzienie do naleśników (naleśniki: proporcje na oko - pół szklanki mąki gryczanej, pół szklanki mąki graham lub inne mąkowe kombinacje, dolewamy gazowaną wodę mineralną i opcjonalnie trochę sojowego mleka, sól, mogą być też inne ulubione przyprawy do smaku)

 

Jeszcze jedno błyskawiczne danie. Niepalona gryczana uprażona kasza została mi z jakiegoś obiadu. Na łyżce roślinnego masła przesmażyłam (na sposób indyjski - smażenie przypraw wydobywa z nich cały aromat o niebo lepiej niż dorzucanie ich do potrawy) majeranek i na tym odgrzałam kaszę. Na drugiej patelni na oliwie zeszkliłam czosnek i młodą posiekaną dymkę. 6 pieczarek usmażyłam "na złoto" i dorzuciłam dwie "kulki" mrożonego szpinaku w liściach. Oto bardzo pożywny efekt:

poniedziałek, 28 maja 2012

Szybka sałatka troszkę inspirowana grecką, troszkę inspirowana aktualnym składem lodówki w której w imię szlachetnego antykonsuumpcjonizmu miawam zwykle ... światło ;)

Tofu - jakie_akurat_mamy - ja mam zwykle wędzone ale może być też naturalne, kroimy w kostkę i marynujemy w oliwie z ząbkiem przeciśniętego przez praskę czosnku, dobrym sosie sojowym (też w zasadzie w zależności od tego co mamy w domu - może być jasny, ciemny, grzybowy) i odrobinie octu jabłkowego. Sałatę lodową rwiemy jak lubimy, dodajemy świeże pomidory, pokrojone w krążki młode dymki lub inną łagodną cebulę, oliwki i w paseczki kilka suszonych pomidorów w oleju. Łączymy z tofu i zalewamy tym co została nie wchłonięte z marynaty. Sałatkę można posypać prażonymi lub świeżymi orzeszkami piniowymi lub pestkami słonecznika.

niedziela, 27 maja 2012

 Zamarynowane tofu miało byc "na grilla". Ostetcznie wylądowało na patelni, bo nikomu nie chciało się tego grilla robić.

MARYNATA: sos sojowy, olej słonecznikowy tłoczony na zimno i nierafinowany, kilka ząbków czosnku przeciśnietych przez praskę, pieprz

pod koniec marynowania dokroiłam do tego pieczarki i cebulę (na 200 gram tofu około 10-12 sporych pieczarek i dwie cubule) - po wymiąchaniu i chwili "oddechu" doszłam do wniosku, że to juz w tej formie jest pycha - przy okazji dodatkowy przepis na pyszna sałatkę, trzeba by ja tylko wzbogacić o jakieś warzywa - myslę, że groszek cukrowy byłby bardzo "na miejscu"

ostatecznie całość na krótko wylądowała na patelni w czasie gdy próżyła się niepalona gryczana kasza w towarzystwie ogromnej ilości majeranku i niewielkiej - wody (sól, olej - wiadomo)

Sąsiad przyniósł młodziutką natkę pietruszki własnej produkcji - pyszna kropka nad "i"

do podania prosta sałata lodowa z pomidorami, oliwą i czosnkiem

piątek, 25 maja 2012

Znów niezbyt ambitnie i wyrafinowanie będzie ale zielono, sezonowo i pysznie. Dla mnie - odkrywczo, bo tradycyjne potrawy omijam raczej szerokim łukiem. Nie przepadam za nimi więc i nie gotuję.

Przytargałam do domu takiego potwora

Nie bez wirtualnej pomocy bardziej doświadczonych gospodyń (za co bardzo dziekuję) stoczyłam z nim nierówną acz zakończoną moim spektakularnym sukcesem w postaci niebiańskiego wprost smaku walkę. Przepisy musiałam troszkę zmodyfikować, bo zawierały masło, śmietanę i inne takie historie.

Rozgrzałam w wielkim garze masło roślinne (wiem zdrowiej byłoby olej, masło roślinne to nic dobrego ale raz się żyje a bałam się aż tak eksperymentowac - kolejny raz na pewno spróbuje z olejem), wrzuciłam liśc laurowy i kilka ziaren pieprzu. Na to poszatkowanego potwora, podlałam odrobinę wodą i z radością patrzyłam jak się poddaje i kurczy (ostatecznie skurczył się chyba ze 4 razy w stosunku do swej pierwotnej, obfitej, poszatkowanej objetości). W czasie gdy potwór sie pyrkał zeszkliłam na oddzielnej patelni dymkę. Potwór miękł, a ja podprawiłam go sola, pieprzem ioraz słodką papryką i dokoptowałam mu do towarzystwa dorodnego malinowego pomidora "dla koloru". Tak się znęcałam nad potworem

Gdy kapusta nieco zmiękła ale nadal była lekko chrupiąca zakwasiłam całość jedną dosłownie łyżką octu jabłkowego. Pod koniec duszenia "zaciągnęłam" całość niewielką (2 łyżki) ilością zasmażki z razowej mąki pszennej i obficie posypałam posiekanym koperkiem. Fanstastyczna batalia zakończona obłędnie pachnącym daniem samodzielnym w towarzystwie grzanek dla dwóch osób, lub dodatkiem do posiłku dla conajmniej 4. Jak ja mogłam nie kochać młodej kapusty?

Po czasie myślę, że odrobina kminku nie zaszkodziłaby daniu. Byłam zbyt podekscytowana faktem, że w ogóle dotknęłam się do kapusty, żeby myśleć jeszcze o takich niuansach. "Drugą razą" będzie z kminkiem, bo że "druga raza" i kolejne będą - tego jestem wiecej niż pewna.

 

 

 

czwartek, 24 maja 2012

 

Wiem, wiem.

Ta potrawa jest ograna, nudna i nikt jej nie chce oglądać.

Ale czy to moja wina, że to jest najlepsza potrawa na świecie? Gdybym musiała wybrać (obym nigdy nie musiała) jedną, jedyną, którą bedę jadła do końca życia to byłoby to właśnie SPAGHETTI AGLIO, OLIO E PEPERONCINO.

Robi się ją kilkanaście minut (!), jest nieprawdopodobnie pyszna, prosta, sycąca. To co tygrysy lubią najbardziej.

Ze składników, które zwykle miewamy w kuchni zawsze

Potrawa jest bardzo prosta. Jednak, żeby była na prawdę pyszną ucztą a nie rozmoczonymymi w śmierdzącym czosnkiem oleju kluchami ;) wymaga krótkotrawałej ale 100%-towej uwagi, kilku myków i doskonałych składników.

Potrzebujemy  makaronu z mąki z pełnego przemiału, dobrego polskiego czosnku (szczególnie ten młody oddaje oliwie swój niepowtarzalny aromat), papryczki pepperoni, wysokogatunkowej oliwy z oliwek (wiem, wiem, nie powinno się jej poddawać obróbce termicznej ale ... no codziennie tego nie jemy) i świeżej natki pietruszki.

A robimy tak (i tu zaczynają się wyżej wzmiankowane "myki")

Gotujemy makaron al dente. Proszę sobie wziąć to do serca, makaron nie może być rozgotowany (przy okazji makaron al dente ma niższy od ugotowanego indeks glikemiczny - kolejny obok smaku plus). Najprościej gotować go połowę czasu podanego na opakowaniu - druga połowę powinien "dochodzić" zdjęty z gazu, płyty w gorącej wodzie. Ja w drugiej fazie i tak sprawdzam czy aby nie wcześniej.

W czasie gdy makaron się gotuje rozgrzewamy w niewielkim rondelku oliwę, siekamy czosnek i papryczkę pepperoni. Warto wykorzystać patent Penelope Cruz z filmu "Kobieta na topie" (cudownego tak na marginesie) i przed dotykaniem się do papryczki posmarować palce oliwą. W innym wypadku trudno pozbyć się  ostrego soku z porów skóry i można sobie niechcący boleśnie zatrzeć oko nawet wiele godzin po krojeniu (tak, kiedyś sobie tak zrobiłam i to zdecydowanie nie jest fajne). Całe to towarzystwo wrzucamy na gorąca oliwę i pilnujemy, żeby czosnek się leciutko zrumienił ale nie zbyt mocno bo stanie się gorzki i po zawodach.

W międzyczasie - cały czas obserwując poziom zarumienienie czosnku odlewamy makaron i wrzucamy go spowrotem do ciepłego garnka, w którym się gotował. Kiedy czosnek jest leciutko przyrumieniony wlewamy go (wraz z oliwą i papryczka oczywiście) do makaronu. Przykrywamy garnek pokrywką i ... hm... miąchamy ;) No dobra właściwszym słowem byłoby potrząsamy. Potrząsamy więc mocno garnkiem tak, żeby wszystkie składniki się połączyły a oliwa solidnie "oblepiła" makaron. Doprawiamy solą i znów miąchamy. Posypujemy świeżą, posiekaną natka pietruszki i oczywiście kolejny raz miąchamy i

 ... voila. Gotowe!

Na wypadek gdybym rzeczywiście musiała je jeść do końca życia chyba następnym razem wzbogacę o pokrojone w wąskie paseczki suszone pomidory i posiekane oliwki. I dam znać czy było warto :)

wtorek, 22 maja 2012

Wszyscy, kórzy narzekali na zeszłotygodniowy ziąb i deszcze dziś zgodnym chórem utyskują na upał. Nooo. Mam ochotę też pojęczeć, pozostaje tylko pytanie "po co?".

 Akceptując te piękne okoliczności przyrody, na które najmniejszego wpływu nie mam proponuję coś co dla ochłody popełniłam (w zasadzie) przed chwilą.

Wczoraj wieczorem wrzuciłam dwa śmiertelnie chore banany do zamrażalnika. Szkoda, że nikt mi wcześniej nie powiedział - a patent ten polecało mi kilka osób - żeby zdjąć skórkę przed zamrożeniem (przypuszczam, że polecający mi ów zacny deser z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów mniemali, iż mają do czynienia z osobą jako tako myślącą i logiczną. Błąd!). Po uporaniu się z zamarzniętą skórką (nie pytajcie) wrzuciłam je do blendera w towarzystwie schłodzonego (mocno, w zasadzie zamrożonego - mam taką mądra funkcje w lodówce) soku z jednej niewielkiej limonki i odrobiny zimnego sojowego mleka (na drugi raz też je zamrożę).

Następnie prawie przepaliłam silnik w blenderze ale efekt smakowy był zdecydowanie wart ryzyka.

Nie chciało mi się już z nimi cudować ale na pewno nie zaszkodziłaby im polewa z gorzkiej czekolady i trochę zmielonych lub lepiej - utłuczonych orzechów